Moja wizytówka

Henryk Stokłosa


Komu służą media?

  • 18 sierpień 2014

Znaczna część negatywnych publikacji prasowych na temat Henryka Stokłosy była przygotowywana na zlecenie.

Najwyraźniej nastała moda na taśmy. Hitem ostatnich dni stały się nagrania rozmowy Adama Michnika z Aleksandrem Gudzowatym, który miał stwierdzić, że publikacje prasowe dotyczące działalności jego firm były inspirowane przez funkcjonariuszy służb specjalnych. Niestety nie jest to odosobniony przypadek. Z czyjej inspiracji powstają mające niewiele wspólnego z dziennikarską rzetelnością materiały dotyczące Henryka Stokłosy? Zarówno sam zainteresowany, jak i jego współpracownicy, mają swoje podejrzenia. Jedno jest pewne: tak jednoznaczna postawa dziennikarzy nie może wynikać z niedbalstwa, nie może również być dziełem przypadku.

Nie jest wielką tajemnicą, że sfera biznesu, szczególnie tego przez duże B, zawsze była w kręgu zainteresowania różnego rodzaju specsłużb – szczególnie Urzędu Ochrony Państwa, powstałego na gruzach SB, ale też wywiadu i kontrwywiadu, a nawet likwidowanych obecnie Wojskowych Służb Informacyjnych. Nic w tym złego jeżeli chodzi o działalność zgodną z prawem, leżącą w kompetencjach poszczególnych instytucji. Gorzej natomiast, gdy funkcjonariusze służb wykorzystują swoje ogromne możliwości na zapotrzebowanie politycznej, czy biznesowej konkurencji.

W piątek w kilku gazetach pojawiła się wiadomość, że istnieje nagranie rozmowy między Gudzowatym a Michnikiem, w którym naczelny „Gazety Wyborczej” mówi biznesmenowi, iż to służby specjalne inspirowały ataki mediów na jego firmę. A z czyjej inspiracji działały służby? To ma wyjaśnić prokuratura, która ma się zająć również sprawdzeniem wątku gróźb zabójstwa pod adresem biznesmena oraz jego syna.

Aleksander Gudzowaty nie jest jedynym przedsiębiorcą, wobec którego inspirowane są tego typu wrogie działania.

- Trzeba przyznać, że z podobnymi działaniami od dłuższego czasu spotyka się Henryk Stokłosa, a nawet jego najbliższa rodzina – mówi Marek Barabasz, rzecznik Farmutilu należącego do Henryka Stokłosy. – Były zmasowane ataki w mediach, były próby zastraszania m.in. małżonki właściciela Farmutilu, podsłuchy, prowokacje i wiele innych przeróżnych działań o charakterze operacyjnym. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że układają się one w jedną całość – dodaje rzecznik.

Trudno jednoznacznie stwierdzić kto za tym stoi. Natomiast o wiele łatwiej wskazać beneficjentów tych działań. Na pewno należą do nich polityczni przeciwnicy, którzy nie mogli się pogodzić z tym, że Henryk Stokłosa przez 15 lat wygrywał wybory do Senatu, do końca pozostając niezależnym parlamentarzystą. Druga grupa to konkurencyjne firmy z zachodnim kapitałem, które zwietrzyły dla siebie dogodną okazję do pognębienia przeciwnika i skwapliwie z niej korzystają.

Na początku lat 90-tych największymi przeciwnikami Henryka Stokłosy byli pilscy działacze Unii Demokratycznej, a następnie Unii Wolności. W 1993 roku, podczas jednego z partyjnych zebrań, dyskutowano o możliwości zniszczenia jego dochodowej firmy. Podjęto w tej sprawie nawet stosowną uchwałę. Pomocny okazał się również ówczesny i dzisiejszy dyrektor pilskiego ośrodka Urzędu Kontroli Skarbowej. Kontrole jego urzędników wyjątkowo utrudniały wówczas działalność Farmutilu.

W lipcu 1993 roku ówczesny wojewoda Waldemar Jordan, wykorzystując swoje stanowisko, sporządził odręcznie, niechlujnie napisane pismo, nie opatrzone nawet urzędowymi pieczęciami, informujące Najwyższą Izbę Kontroli o rzekomych nieprawidłowościach, których miał się dopuścić Henryk Stokłosa przy okazji ubiegania się o kredyt na kolejne inwestycje w Śmiłowie. W sukurs pilskim działaczom przyszedł poznański poseł UW Marek Zieliński. To na jego wniosek Delegatura NIK w Poznaniu rozpoczęła kontrole w spółkach Henryka Stokłosy oraz w banku PKO S.A., który udzielał kredytu. Ówczesny senator Krzysztof Horodecki (tajny współpracownik SB o pseudonimie „Marek”) wystąpił na forum komisji ochrony środowiska z kłamliwymi sugestiami o nieprawidłowym wykorzystywaniu kredytu. Jak się później okazało poseł Zieliński nigdy nie był na terenie Farmutilu i kompletnie nie był zorientowany w sprawie. Potrzebne były tylko jego podpis, pieczątka i poselski listownik.

Tendencyjnie prowadzona kontrola doprowadziła do wypowiedzenia przez Bank Ochrony Środowiska preferencyjnego kredytu na budowę oczyszczalni służącej nie tylko zakładowi, ale i okolicznym miejscowościom. Kierownictwo poznańskiej delegatury NIK skierowało do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wyłudzenia kredytu. Do środków masowego przekazu docierały zniekształcone lub całkowicie nieprawdziwe, ale za to mocno nagłośnione, informacje o przebiegu kontroli i o rzekomo fatalnych jej wynikach. Nagonka na Henryka Stokłosę trwała kilka lat, a straty, jakie w jej wyniku poniosła firma były ogromne.

Gdy w 1997 roku wszystkie postępowania zostały zakończone, a sąd nie stwierdził złamania prawa, prezes Najwyższej Izby Kontroli skierował do właściciela Farmutilu pismo z przeprosinami. Niestety w mediach, które wcześniej szczegółowo relacjonowały sprawę, fakt ten pozostał niezauważony.

4 maja 2004 to odnotowaliśmy wydarzenie, które było istnym majstersztykiem, a zarazem ukoronowaniem pracy ciemnych służb w celu ponownego zmasowanego ataku na Farmutil. Incydent związany z wtargnięciem na teren zakładu utylizacyjnego ekipy dziennikarskiej TVP był prowokacją obliczoną na dwie wersje. Gdyby dziennikarze opuścili teren zakładu bez dezynfekcji byłby krzyk na cały kraj, że można bez problemu wyjść z miejsca o podwyższonym rygorze sanitarnym. W drugiej wersji przygotowano cały arsenał zachowań, poparty odpowiednią pracą dziennikarzy a nawet telewizyjnym wystąpieniem ówczesnego prokuratora krajowego i prezesa TVP.

Tłumaczenia, że aby opuścić teren zakładu należy przejść przez śluzę sanitarną i poddać się dezynfekcji okazały się wtedy bezskuteczne. Dziennikarze zachowywali się w sposób skandaliczny. Obrażali właścicielkę firmy oraz pracowników. Zamknęli się w swoim samochodzie i za pomocą telefonów ściągnęli do Śmiłowa swoich kolegów z innych mediów, którzy byli wcześniej powiadomieni o przyszłej prowokacji i niemal natychmiast zjawili się na miejscu.

Większość publikacji prasowych swoją „bezstronność” wyraziła już w tytułach: „Gliniarz na usługach warchoła”, „Bezkarny bogacz – senator”; „Pan na Pile”; „Król flaków”. Wymowa wszystkich wyżej wymienionych tekstów nie mogła być pewnie inna, skoro od 5 maja 2004 w telewizji TVP (programy: Na żywo, Oblicza mediów, Monitor Wiadomości, Panorama), a także w TVN 24 jednoznacznie celowo kreowano Henryka Stokłosę na dyżurnego przestępcę kraju.

Jak wynika z powyższych faktów incydent z dziennikarzami był precyzyjnie przygotowaną prowokacją, która zachęciła jej inspiratorów do podjęcia kolejnych jeszcze bardziej spektakularnych działań.

- Od tego momentu, każde nawet nieistotne wydarzenie związane z naszą firmą jest przedstawiane w mediach w sposób nienaturalnie wyolbrzymiony, często nawet dla niewtajemniczonych przekraczający granice przyzwoitości – przyznaje rzecznik Farmutilu.

Nikt nie dostrzegał, a raczej nie chciał dostrzec, pozytywnych aspektów w działalności firmy i jej właścicieli. Nie napisano choćby jednego artykułu na temat działalności charytatywnej. Pracowników i właścicieli usiłowano traktować jak ludzi z marginesu.

Szczególną gorliwością wykazało się w owym czasie kierownictwo TVP, które zamiast – jako strona sporu – wstrzymać się z atakami na osobę Henryka Stokłosy, rozpoczęło poszukiwanie na niego przysłowiowego haka. Do właściciela działającej w Pile telewizji kablowej zwrócił się przedstawiciel TVP z propozycją zrobienia filmu „na Stokłosę”, oferując za tę usługę pół miliona złotych. Właściciel kablówki odmówił wietrząc prowokację.

Znaleźli się jednak inni dziennikarze, którzy z tej oferty skorzystali. Mieszkania pracowników Farmutilu zaczęli odwiedzać dziennikarze podający się za pracowników telewizji, którzy poszukują faktów i opinii stawiających w złym świetle Henryka Stokłosę. Szczególnie interesowali ich pracownicy zwolnieni z pracy za pijaństwo i kradzieże. Zasady etyki zawodowej w tym momencie przestały ich obowiązywać, a złodziej i pijak był gloryfikowany.

W wyniku tych ohydnych prowokacji w ciągu ostatnich dwóch lat w ogólnopolskich i lokalnych mediach, ukazało się mnóstwo szkalujących Henryka Stokłosę, często zmanipulowanych i kłamliwych materiałów dziennikarskich. Wymyślano i preparowano w nich przeróżne fakty nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Próby sprostowań, bądź osobistych wyjaśnień zazwyczaj nie przynosiły efektów. Reagowano na nie w najlepszym przypadku śmiechem. Procesy o naruszenie dóbr osobistych trwają do dziś.

Przedstawiciele Farmutilu są przekonani, że wiele wrogich wobec właściciela ich firmy działań, jest inspirowanych przez byłych funkcjonariuszy służb specjalnych. Jeden z nich – emerytowany oficer WSI – zamieszkał nawet w posesji oddalonej o kilka kilometrów od siedziby firmy, a drugi w samym centrum Śmiłowa. Nieopodal zamieszkał również kolejny zdeklarowany wróg byłego senatora.

Przed dwoma laty na terenie gminy Kaczory powstało stowarzyszenie ekologiczne, którego członkowie nader często działają w celu zdyskredytowania osoby Henryka Stokłosy w oczach opinii publicznej, wykorzystując w tym celu środki masowego przekazu. Działania te wyglądają na profesjonalnie przygotowane i są realizowane z dużym rozmachem oraz z wykorzystaniem niewiadomego pochodzenia znacznych środków finansowych. Działalność ekologiczna to w tym przypadku najprawdopodobniej tylko przykrywka. Trudno bowiem w racjonalny sposób posądzać grupkę kilkunastu mieszkańców gminy, głównie emerytów, o to, że bez żadnego przygotowania i wsparcia, są w stanie tak skutecznie utrudniać działalność tak dużej firmy jak Farmutil. Liczne najścia na zakład w dzień i w nocy, utrudnianie bieżącej pracy zakładu, celowe wprowadzanie w błąd administracji państwowej, organizowane udawanych protestów głodowych, manifestowanie nienawiści i pogardy - o tego typu działaniach wielokrotnie pisaliśmy, ale przypomnijmy n ajbardziej spektakularne akcje.

Latem ubiegłego roku obiektem zainteresowania „ekologów” i zaprzyjaźnionych z nimi dziennikarzy stało się popegeerowskie wyrobisko pod Zelgniewem, z którego korzystali okoliczni mieszkańcy wywożąc piach i umieszczając na nim śmieci. Dziwnym zbiegiem okoliczności, gdy właściciel terenu rozpoczął jego porządkowanie, ekologiczni działacze zarzucili mu nielegalne wydobywanie piasku. Dziennikarze zyskali kolejną okazję do ataków na właściciela Farmutilu, tym cenniejszą, że w tym samym czasie o zamiarze kandydowania do Senatu RP poinformowała szefowa stowarzyszenia.

W listopadzie ub. roku w późnych godzinach wieczornych na teren Farmutilu wtargnęło kilkanaście osób, aby rzekomo sprawdzić, czy firma „wywozi słomę na swoje pola”. Zaniepokojeni tym najściem pracownicy ochrony zakładu pojmali podejrzanego o kradzież działacza stowarzyszenia Mścisława Brodalę – dawnego funkcjonariusza ZOMO. Następnego dnia zidentyfikowano na tym terenie zwłoki kruka, którego obecność miała prawdopodobnie stworzyć wrażenie, że na terenie Farmutilu szaleje ptasia grypa. Badania jednak wykazały, że kruk został wcześniej ustrzelony z broni myśliwskiej, co zaprzeczało sugestiom ekologów. Cała sprawa stała się przedmiotem zainteresowania mediów, gdyż dodatkowym smaczkiem był fakt, iż jeden z „ekologów” publicznie pomówił Henryka Stokłosę, że został przez niego pobity. Jak nietrudno było przewidzieć, tym samym narodziła się kolejna medialna afera. Telewizja TVN przeprowadziła nawet relację na żywo z pilskiego szpitala. Główną atrakcją był w tym przypadku podarty sweter prezentowany do kamer przez uczestnika wieczornego najścia i artystyczne, nienaturalne zadrapania. Ta prowokacja była jednak najwidoczniej szyta zbyt grubymi nićmi, bo lekarze nie dali się nabrać.

Z szerokiego wachlarza sposobów upokarzania Henryka Stopkłosy trzeba wspomnieć o inwektywach i groźbach, które w owym czasie padały nader często. Miało się wrażenie, ze wrogowie Stokłosy są w amoku. Zachowywali się jak fanatycy. W miejscach publicznych padały okrzyki typu: „dobić gada!”, czy „zabić Stokłosę!”. Adresatami pogróżek stali się również członkowie najbliższej rodziny Henryka Stokłosy. We wrześniu ub. roku pod drzwiami domu rodzinnego Państwa Stokłosów zjawiło się dwóch mężczyzn, którzy grozili jego małżonce spaleniem posiadłości oraz Domu Gościnnego „Pasibrzuch”.

Podobnym w charakterze był incydent pod śmiłowskim cmentarzem. Przed ubiegłorocznym Świętem Zmarłych nieznany sprawca wymalował znak krzyża i napis: „Ś.P. Henryk Stokłosa 1989-2005, Bóg i naród tak chciał”, na kontenerze na odpadki ustawionym z inicjatywy właściciela Farmutilu.

Wiosną tego roku grupa sprawców dokonała dewastacji pomieszczeń administracyjnych Farmutilu. Oględziny miejsca zdarzenia wykazały, iż sprawcy nie działali na tle rabunkowym. Motywem była najprawdopodobniej chęć zastraszenia lub manifestacja siły. Świadczą o tym powybijane szyby w oknach, czy w sposób nienaturalny pomalowane krwią ściany i wyposażenie.

Z czyjej inspiracji działali sprawcy? Tego można się tylko domyślać. Podobnie jak można domyślać się z czyjej inspiracji działają dziennikarze „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” czy poznańskiego oddziału TVP, dysponujący zastanawiająco precyzyjnymi informacjami na temat zamierzeń państwowych organów, w tym policji. Informację o planowanym przeszukaniu terenów Farmutilu z wykorzystaniem helikoptera z kamerą termowizyjną, dziennikarze posiadali wcześniej niż pilska policja. Nic w tym dziwnego skoro żona jednego ze współpracowników TVP była wówczas zatrudniona w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Kolejną próbą wmanipulowania Henryka Stokłosy w wymyśloną aferę była sprawa wycieku z pilskiej policji list z nazwiskami osób skarżących się na odory. Również w tym przypadku niezwykle pomocni okazali się dziennikarze, którzy pomogli nagłośnić sprawę, sugerując przy okazji, że listy mogły trafić do właściciela Farmutilu. W poznańskim Teleskopie stwierdzono nawet wprost, że trafiły one na jego biurko. Oświadczenie Henryka Stokłosy, w którym stwierdził, że nie widział list i w ogóle go one nie interesują, nie wzbudziło zainteresowania dziennikarzy. Był to doskonały przykład na to, że kłamstwo wielokrotnie powtarzane może stać się prawdą.

I tak wygląda nasza demokratyczna ojczyzna, osaczona przez służby specjalne i posłusznych im dziennikarzy, którzy mają pełne usta frazesów o swojej niezależności, uczciwości i bezstronności. Na przykładzie Henryka Stokłosy dobitnie i jasno widać, że na prawdziwie demokratyczną ojczyznę dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia, czyli uczciwych i bezstronnych nie opłacanych przez obcy kapitał, a przede wszystkim przestrzegających norm zwykłego uczciwego obywatela, długo nam przyjdzie jeszcze poczekać. A za to, co bez jakichkolwiek skrupułów odebrali Henrykowi Stokłosie, czyli dobre imię, godność, wiarę w sens pomocy charytatywnej na rzecz biedniejszych, powinno ich pochłonąć piekło.

(red)


Dane kontaktowe

Biuro Henryka Stokłosy

Śmiłowo, ul. Pilska 48
64-810 Kaczory

  henryk.stoklosa@farmutil.pl

  tel. 67 281 41 40

  kom. 667 984 000

  fax 67 281 41 44


 

Rzecznik Prasowy

Marek Barabasz

  rzecznik@farmutil.pl

  kom. 667 984 040